Jeśli nie chcesz być zapomnianym szybko po śmierci, albo zaraz pisz rzeczy warte przeczytania,
albo czyń rzeczy warte opisania.

 - Benjamin Franklin

Jak kupić dobry rower?


[Aktualizacja tekstu na rok 2015:
w związku z tym że poradnik dot. wyboru roweru cieszy się dużym zainteresowaniem, zaktualizowałem go tak, aby był możliwie dostosowany do warunków rynkowych/cenowych panujących w tym roku]

Jakiś czas temu dostałem parę prośb na gadu-gadu lub też Facebooku o pomoc w wybraniu odpowiedniego dla siebie roweru, stwierdziłem więc, że dodam tutaj krótki poradnik, dzięki któremu nie będe musiał wielokrotnie powtarzać tego samego. Jako że dla większości ludzi zakup roweru oznacza wydanie pieniędzy na coś, co będzie służyć długie lata, przed podjęciem decyzji należy się uczciwie zastanowić, czego tak naprawdę nam potrzeba.
Jeśli mamy zamiar jeździć w okolicach miasta, po drogach asfaltowych czy leśnych ścieżkach, w zupełności wystarczy Ci rower crossowy. Kupowanie typowego roweru górskiego, a w szczególności takiego "super-wypasionego", dwuamortyzatorowego produktu roweropodobnego z Tesco lub innego supermarketu mija się z celem w takiej sytuacji. Zwyczajnie pozbawisz się całej frajdy z jazdy.
Jeśli nie mamy budżetu wynoszącego 5-6 tysięcy złotych, to w ogóle możemy temat rowerów "full suspension" - czyli z dwoma amortyzatorami - pominąć szerokim łukiem.
Podobnie, jeśli mamy zamiar zostawiać rower pod sklepem przypięty jedynie zabezpieczeniem za 20-30-50-70 zł, możemy temat zakupu roweru pominąć - rower odjedzie bez nas szybciej, niż mogłoby się to  nam wydawać.

Czytaj dalej...

Serwis Reby

Jako że już dawno nie grzebałem przy Fordzie, zachciało mi się przeserwisować amortyzator. A w zasadzie, to wczoraj miałem ochotę pojeździć, ale ze względu na opłakany stan roweru po tygodniu stania, bez mycia, po kąpieli błotno-solnej, nie mogłem nigdzie się ruszyć. Amortyzator zachowywał się dziwnie, a łańcuch zardzewiał do tego stopnia, że nie dało się ruszyć ogniwami. No cóż - "się smaruje, się jeździ", a ja tylko psikałem WD40 który tak doskonale zabezpiecza przed korozją, jak prezerwatywy przed bólami głowy.
Jako że znałem cenę serwisu amortyzatora u przedstawicela, jak i w tyskim rowerowym, to stwierdziłem że "upadli na łeb", i nie będę płacił od 100 do 300 zł, za to, że ktoś rozbierze amortyzator, naleje oleju, poczyści, wymieni uszczelki i skręci. Zamówiłem więc w Intercarsie opakowanie oleju do amortyzatorów motocyklowych (olej do amorów rowerowych to to samo, tylko przepakowywane w mniejsze opakowania i 3x droższe), wzięłem przy okazji nowy pasek klinowy do Escorta i pojechałem do Szymona na warsztat.
Uzbrojony w serwisówkę Rock Shox'a zabrałem się do roboty, która jak się okazało jest lekka, łatwa i przyjemna. W zasadzie wystarczy parę podstawowych narzędzi, strzykawkę, pompkę do amortyzatorów i można zabrać się do roboty. Przez chwilę przyszło mi na myśl, że mógłbym z tego zrobić serwisówkę, ale - szczerze mówiąc - nie chciało mi się pstrykać fotek krok po kroku i do tego pisać szczegółowych opisów, które i tak można ściągnąć (w języku angielskim) ze strony SRAM'a . Jedyne czego przy tej robocie żałuję, to to że nie pożyczyłem po prostu od Szymona nasadki 24, której nie miałem w domu, i nie zrobiłem tego na spokojnie przy biurku.

Czytaj dalej...

Szyndzielnia zimą? czemu nie :-)

Jako że skończyłem serwis roweru, korciło mnie żeby go "wypróbować" po tych paru zmianach które wprowadziłem. Wymieniłem linki przerzutkowe, kółeczka w tylnej przerzutce, wszystko wyregulowałem... Aż prosiło się o chrzest bojowy.
Od dawna korciło mnie żeby pojechać w góry w zimie na rower, zobaczyć czy się da jeździć, brakowało mi tylko motywacji. Dzisiaj po długim wahaniu zdecydowałem się pojechać. Cel - Szyndzielnia, jako że szlaki na tą górę są dość szerokie, poza tym - liczyłem na ich "ubicie" butami pieszych oraz nartami zjeżdżających miłośników "białego szaleństwa". Na miejsce dotarłem późno, bo grubo po 12. Początkowo miałem problem ze znalezieniem miejsca gdzie się wjeżdża na szlak na Szyndzielnie - była taka mgła, że będąc u podnóża góry jej nie widziałem. Po tym jak znalazłem drogę na Dębowiec było już lepiej.
Początkowa część trasy była bardzo łatwa - szeroka, dobrze ubita nartostrada, podjezdżało się przyjemnie, jednak na Dębowcu popełniłem błąd. Nie zwróciłem uwagi na to, że na Szyndzielnie prowadzą stamtąd dwa szlaki, czerwony - główna nartostrada, oraz zielony - boczny, którym niestety pojechałem.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS