Jeśli nie chcesz być zapomnianym szybko po śmierci, albo zaraz pisz rzeczy warte przeczytania,
albo czyń rzeczy warte opisania.

 - Benjamin Franklin

5 strefa czyli po finale Shimano Elite Race

Wczoraj skończyły się zmagania na finale Shimano Elite Race. 24 godziny pozwoliły mi się trochę "ogarnąć" i spojrzeć na finałowe zmagania z pewnego dystansu. Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest to, że... ta impreza jest pod wieloma względami genialna. Organizacja była naprawdę na najwyższym poziomie - zaczynając od eliminacji które odbywały się na terenie całego kraju i każdy mógł spróbować swoich sił, przez okres pomiędzy eliminacjami i finałem - dobry kontakt ze strony Shimano, wielokrotne potwierdzanie udziału, przesyłanie mapek dojazdu, godzin startowych etc. - po sam finał który był naprawdę dopięty na ostatni guzik.

Mój start w Shimano Elite Race był niejako dziełem przypadku - zmotywował mnie do udziału w eliminacjach Michał z BackountryMTB.ORG, a na samych eliminacjach jechałem chory i w dodatku bez SPD, mimo to udało się ukręcić dobry czas w mbike'u Katowice i pojechać na finał do Swarzędza z nastawieniem "zobaczyć jak będzie", jak się okazało słusznie. Lista startowa składała się w przeważającej części z mocno utytułowanych zawodników MTB/XC oraz szosy. Zresztą, wystarczy napisać że zwycięzcą został Michał Kowalczyk, zdobywca 7 miejsca na Mistrzostwach Europy U23 MTB, obecny wicemistrz Polski w Maratonie MTB U23).
Ale wracając do tematu - między eliminacjami i finałem w końcu kupiłem SPD'ki, w których nie jeździłem od lata 2011 i epickiego Enduro Trophy w Czarnej Górze, miałem całkiem pozytywne nastawienie ale niestety w finale okazało się że jest...

Pozamiatane

To najlepsze określenie tego co czułem "po" przejechaniu trasy. Myślałem że jestem dobrze przygotowany kondycyjnie, fizycznie i że mając do dyspozycji podobny sprzęt będe mógł przynajmniej "powalczyć" z szosowcami/zawodnikami MTB. Realnie to wyglądało jak pojedynek drużyny z okręgówki z ekstraklasą. Wygrywający "ukręcił" czas w okolicach 8 minut 10 sekund na trasie 5 km / ~200 m przewyższenia, podczas gdy mi pokonanie tego samego zajęło ok 11,5 minuty. Dobrze że startowali też 2 'nie-zawodowcy" bo inaczej bym skończył na ostatnim miejscu.

Wnioski?

  1. Jestem zdecydowanie za ciężki.
    Ważąc 87 kg byłem drugim lub trzecim najcięższym w grupie 18 startujących. Ci którzy walczyli o czołowe miejsca ważyli grubo poniżej 70 kg. Ja nigdy takiej wagi nie osiągnę i nawet bym nie chciał... wyglądać jak wieszak, ale realnie dobrze by było wrócić do tych 80-82 kg.
  2. Spinning upośledza kolarsko.
    Przede wszystkim - muszę zmienić rowerek podczas jazdy na rowerku stacjonarnym. O ile Spinner jest wygodniejszy i łatwiejszy dla początkujących, o tyle przez to że działa jak "ostre koło" nawet jak się dokręci mu bardzo duże obciążenie, to po rozkręceniu korby można sobie na nim kręcić w miarę spokojnie bo siła bezwładności pomaga w kręceniu korbami. Tomahawk na którego się przesiądę jest mniej ergonomiczny, daje dość dziwne odczucie podczas jazdy ale nie jest ostrym kołem i nie 'pomaga" siłą bezwładności w kręceniu, dając w efekcie dużo większy opór.
    Druga sprawa to kadencja. Ludzie którzy walczyli tam o miejsca w ogóle nie schodzili kadencją poniżej 90, a kręcili się głównie w okolicach 100-110 obrotów korbą na minutę. Do takich wartości na zajęciach grupowych rozkręca się bardzo rzadko, robiąc większość roboty na 80-90 rpm, w dodatku często stojąc.
    Jazda na stojąco to kolejna rzecz której muszę się oduczyć i stosować ją rzadziej. Pomijając już fakt że poza mną to prawie nikt tam nie wstawał w ogóle z siodła, to przy mojej budowie jazda "w staniu" jest zbyt obciążająca dla organizmu - za dużo mięśni musi pracować i powiększa się jeszcze bardziej zapotrzebowanie energetyczne.
    Czwarta to brak treningów w 5 strefie. Od wyjazdu Krzyśka (instruktora IC z Fitness Academy) wejścia w 5 strefę były u mnie skrajnie sporadyczne, jedynie u Marcina mi się to udawało osiągnąć czasami, ale... w listopadzie, kiedy był jeszcze Krzysiek w 5 strefie spędziłem prawie 2 godziny. W lutym zaledwie 18 minut i to praktycznie wszystko podczas "solowych" treningów.

  3. Doświadczam jakiegoś spadku formy. Albo tak przynajmniej to odbieram. W październiku-listopadzie wielokrotnie wchodziłem na tętno 189-190 które uważałem za swoje HRmax. Na wczorajszych zawodach doszedłem do 181, większość czasu jechałem w zakresie 178-181 a po zejściu z rowerka i tak chciało mi się rzygać.
  4. Czołówka XC/szosa to cyborgi. Gość który wygrał, z tego co pamiętam generował średnio coś ponad 530 Watt przy wadze rzędu ~65 kg. Przez 8 minut. WTF?
  5. Sami zawodnicy są... dziwni. Serio. Człowiek który przywykł do startów w zawodach enduro przyzwyczajony jest do otwartości, przyjacielskiej atmosfery i braku jakiegokolwiek niezdrowego ciśnienia w czasie przed/około zawodów. Nikt nie patrzy na drugiego jakby mu wyjadał obiad z talerza. A to środowisko dokładnie tak odebrałem. Straszne ciśnienie, spięte poślady, jak zapytałem się jednego z zawodników jak mu się podobały wrażenia z jazdy na tym urządzeniu to mnie dosłownie zabił wzrokiem (bo mu nie poszło, potem komuś marudził że przetrenowany). Startował też triathlonista z Warszawy który przyjechał tuż po uczestnictwie w biegu na 15 km, i... zupełnie inna bajka. Otwarty, normalny. Można? Można. Oczywiście były też pozytywne wyjątki, ale jak choćby gość z którym startowałem "w parze", ale ogólny obraz środowiska mi się wytworzył "jak powyżej".

Taki start na pewno był fajnym doświadczeniem. Raz że sprzęt na którym startowaliśmy (Elite Real Turbo Muin) to zupełnie inna bajka w stosunku do tego co było na eliminacjach. Bezpośrednie przełożenie siły (nie było wpinania tylnego koła - kaseta była montowana bezpośrednio do trenażera i nie było "słabego punktu" którym jest punkt styku opony z rolką) z jednej strony przekładało się na dokładniejsze wyniki pomiaru mocy, a z drugiej strony - na możliwość generowania faktycznie dużego oporu dla ridera. NAPRAWDĘ dużego, bo podjeżdżając pod ostatnią wirtualną górkę miałem wrażenie że nie dam rady wyjechać bo mi zabraknie przełożeń. Jakbym miał 5 tysięcy do wydania i jakąś szosówkę do tego to... brałbym :)

Mega robotę zrobili organizatorzy - nie brakowało nawet zabezpieczenia medycznego mimo jeżdżenia w zamkniętym pomieszczeniu. Nie było zbytniego przedłużania, wszystko szło płynnie. Organizator zapewnił rowery wyposażone w grupy 105 / Di2, do tego dodatkowe trenażery na których można było się rozgrzewać. Był catering, obsługa foto, wideo a do tego wszystkiego naprawdę wartościowe nagrody. Zwycięzca otrzymał sprzęt z grupy Dura Ace (cała grupa, bez kół), dwa kolejne miejsca trenażery. Wszyscy którzy się zakwalifikowali do finału dostali dodatkowo nagrody - upominki, które tak "na oko' były warte 300-350 zł. Wypas.

Podsumowując - w przyszłym roku spróbuję ponownie. Póki co, trzeba przemyśleć swoje treningi, poprawić co da się poprawić i pracować nad formą, która - przynajmniej rowerowo - chyba nie jest tam gdzie być powinna.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.