Jeśli nie chcesz być zapomnianym szybko po śmierci, albo zaraz pisz rzeczy warte przeczytania,
albo czyń rzeczy warte opisania.

 - Benjamin Franklin

Ride with me #2 - Słowackie klasyki

Obniżam sztycę w Papryczce, podprowadzam rower Agnieszki do góry. Potem swój. Wsiadam... głęboki oddech, szybkie powtórzenie w myślach "IDDQD", koncentracja... jadę. Ciasna ekspo-agrafka jest klasykiem tego zjazdu. Ekspo, bo jeśli się tu machnę i przestrzelę zakręt, to pierwsze spotkanie z ziemią mogę mieć kilkanaście metrów niżej. Na szczęście ostatnio miałem więcej kontaktu z "prawdziwym" rowerem niż przed poprzednią wizytą w okolicy i tym razem agrafkę "skleiłem" bezproblemowo. Krótka euforia szybko ustępuje. To było preludium... druga z blisko 70 agrafek na tym szlaku, który właśnie ze względu na ich stężenie - sięgające miejscami granic absurdu - oraz kilka trudnych "momentów" został wyceniony na P4/P5 w sześciostopniowej skali trudności opracowanej przez G3Riders.

Prawie spontan

Plan wyjazdu teoretycznie miał tydzień, ale jeszcze w piątek nic nie było pewnego. Łącznie z tym, czy w ogóle gdziekolwiek pojedziemy. Na szczęście rozmowa z Sikorem przy okazji treningu wyjaśniła i rzutem na taśmę zdecydowaliśmy się na wyjazd na Słowację w sobotę rano. Kto choć raz miał okazję dojeżdżać ze śląska w rejon Liptovskiego Mikulasza, ten dobrze wie jak "przyjemny" jest to dojazd, a na pokonanie 200 km dzielących nas od celu podróży potrzebowaliśmy 4 godzin. W Liptovskim szybkie szukanie noclegu, przepak i ruszamy na "rozgrzewkę", czyli odwiedziny u "Ostrego Zboka". Niestety niedoszacowałem odległości którą mieliśmy do pokonania asfaltem, przez co musieliśmy się bardzo spieszyć przy drugim zjeździe. No dobra, "niedoszacowanie" to trochę zbyt małe słowo ;-) Ale człowiek uczy się na błędach!

Pierwszy podjazd
"Trochę kardio" pierwszego dnia ;-)

"Krótka piłka"

Podjazd na "Zboka" poszedł dość sprawnie, szczególnie biorąc pod uwagę te prawie 10 km dojazdu asfaltem które nam dołożyłem. Ostry ma to do siebie, że mimo niewielkiej wysokości (~1200 m npm) z której się zjeżdża, jest górką dość wymagającą. Klasyczne w tym rejonie agrafki są umiarkowanie trudne, poprzedzielane fragmentami z "większym flow", jednak całość szlaku wymaga rozwagi i koncentracji, a przede wszystkim - zupełnie innego zestawu umiejętności od tych, które wypracowuje jazda w Beskidach czy bikeparkach. Tutaj po prostu trzeba umieć jeździć wolno.

Problematyczne miejsce. Wygląda łatwo...

Najtrudniejsza sekcja weryfikuje progres poczyniony od ostatniej wizyty, a raczej pokazuje... jego brak. Kilka prób spalonych po przejechaniu kilkunastu metrów... sprowadzam. Bez ciśneinia, wróce tu za rok, będzie lepiej. Sikor próbuje swoich sił, ale po paru podejściach i przyozdobieniu swojej "Pitchki" kilkoma bliznami poddaje i dołącza do mnie w loży pokonanych. Jedziemy dalej, bo w planie jest jeszcze tajemny singiel wypatrzony na podjeździe.

... ale rzut okiem z drugiej strony pokazuje nieco więcej:)

 

Niecałą godzinę po zjechaniu ze Zboka meldujemy się tuż przy miejscu gdzie zauwazyliśmy początek Tajemnego. Ściemnia się, więc nie ma czasu szukać jego początków. Sikor jedzie przodem i momentalnie łapie flow. Ścieżka jest jakby specjalnie wydeptana dla rowerów. Wije się między drzewami, wprowadza na małe uskoki skalne i korzenne... magia. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, singielek dochodzi do drogi, a my nie mamy już czasu szukać alternatyw zjazdowych. Trzeba wracać do Liptovskiego.
Wstyd się przyznać, ale nie wzięliśmy lampek i po zmroku robimy za U-booty na drodze, ale na szczęście nikt na nas nie wpada, a nam udaje się bezpiecznie dojechać do celu.

Danie główne

Pobudka dobre pół godziny za późno. Dobrze się spało - gruba pościel zrobiła robotę, podobnie jak wieczorne znieczulenie lokalnymi trunkami. Obyło się też bez podgryzania przez pluskwiaki (jeden się trafił dzień wcześniej), więc można to zaliczyć na plus. Dzwonię do Kartona i ekipy gdzie są... kur, za blisko. Nie zdązymy. Szybkie zakupy, śniadanie, zbieramy się. Mówię ekipie żeby jechała, a my ich dogonimy. Dopiero po 9 meldujemy się na parkingu "przed Doliną", i z niezłym zaskoczeniem dostrzegamy że na nas poczekali. Szybki wypak z auta i ruszamy do góry.

Piździ.

Słońce nisko nad horyzontem dawało ciekawe efekty w lesie...

Prognozy sprawdziły się tylko częściowo - opadów w weekend nie mieliśmy, ale temperatury nie rozpieszczały. Rankiem ledwo powyżej 0, a w ciągu dnia raczej temperatura nie przekraczała 12-13 stopni. Jedynie w słońcu można było się wygrzać, ale to marne pocieszenie, jeśli podejście/podjazd prowadzi głównie lasem. Swoją drogą, Słowacki żart mówił że żółta linia do Mohito jest do zrobienia "95% w siodle". Oho... jeśli siedzimy na koniu.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - był czas pogadać, przyjrzeć się szlakowi, który warto by było kiedyś zrobić w dół. Ale nie dzisiaj, bo choć żółta linia obiecuje flow i wielokilometrowy zjazd to dzisiejszym daniem głównym jest niebieska linia. Wpierw jednak bierzemy się za przystawkę - krótki zjazd zielonym szlakiem "na rozgrzewkę". Pojawiają się pierwsze agrafki, łatwe i szerokie. Niestety im niżej tym gorzej nam się jedzie - jesień daje się we znaki, ilość liści na szlaku sprawia że jazda staje się niebezpieczna. Dojeżdżamy do szutrówki, na którą jest zjazd jakąś chorą linią (P6?), jednak nikt nie próbuje szczęścia. Chwila przerwy, Agnieszka ma czas na integracje z drzewem, a my się posilamy.

"Zielona linia" na wschód.

Podejście powrotne to prawie 100% Bike&Hike, ale poszło całkiem sprawnie. Jakoś koło 15 zameldowaliśmy się w Siodle gdzie zaczynała się niebieska linia. Ekipa się rozłżyła do odpoczynku, ja poszedłem zrobić swoje "więcej kardio", czyli pociągnąłem trochę w stronę Krakowskiej Góry, której mimo 3 podejść zdobyć mi się nie udało. Tym razem przynajmniej miałem na nią ładny widok.

Wracam. Ekipa się dalej opierdziela, więc rzucam tylko że jadę się ustawić na foty i jadę dalej. Chwilę później melduję się po drugiej stronie grzbietu... ale tu jest pięknie! Widok na Grań, za którą kotłują się chmury fenowe dosłownie urywa głowę. Pomyśleć, że gdybyśmy wybrali się na odrobinę wyższe szczyty zamiast wygrzewać się w słońcu to topilibyśmy się dosłownie we mgle. O... w końcu dojeżdżają. Po kolejnych kilku minutach udaje się zrobić parę fotek i zaczyna się właściwy zjazd.

Grań główna Niżnych i przetaczający się przez nią fen

Już po pierwszych metrach wiedziałem że jest dobrze. Mimo ekspozycji był flow, a agrafki na otwartym terenie poszły zaskakująco łatwo. Po fotkach na ekspo-agrafce ktoś pyta czy dużo ich jeszcze zostało przed nami. Nie mam serca powiedzieć że prawie 70... no nie mam serca. Już pierwsza ciasna, leśna agrafka sprawia problemy, ostatecznie tlyko mi i Vasyi udaje się ją pokonać. Im n iżej tym stężenie agrafek większe, a do przeszkód dochodzą także korzenie na trawersach, uskoki, i różnego rodzaju "przeszkadzajki". Udaje mi się złapać świetny rytm, i tylko pojedyncze agrafki zmuszają mnie do podparcia tudzież ewakuacji z roweru. Dojeżdżamy do miejsca gdzie zaczyna się sekcja "Superflow". To nawet "Superflow" nie jest, a jakiś kosmos. Sporo delikatnych zakrętów, wijąca się ścieżka z dobrą przyczepnością... bajka. Ze stanu euforycznego flow wyciąga mnie wjechanie w błoto na zakręcie. O kur... nie miałem nawet czasu dokończyć. Na pełnej prędkości wpakowałem się w pieniek. Szybka kontrola, tylko nadgarstek stłuczony i jakieś rysy na nogach. Luzik.

Vasya najeżdża na ekspo-agrafkę
... na szczęście były też takie fragmenty :)

Dalej zostało trochę "flow", korzystam więc z okazji i focę co nieco. Po chwili docieramy do ścianki. Ja podchodzę do niej raz, bez entuzjazmu. Nie czułem tego, żeby miało się udać, więc odpuściłem zaraz. Karton podjął walkę metodą na "jednonogiego Freeridera", a Vasya podszedł do tematu ambicjonalnie, i ... zjechał. Widać vertriding* ma we krwi :)

"Flow zone"
"Vert zone"

Poniżej ścianki jeszcze kilkadziesiat agrafek, zjazd do asfaltu.... Tradycyjne Hi5... koniec.
Gleb na zjeździe posypało się coniemiara, a ekipa wygląda na mocno przemieloną tym zjazdem. To dobrze, bo szlak świetnie eksponuje wszystkie braki umiejętności.  Nawet jeśli teraz cżęść z nich mówi że tam nie wróci to... wrócą. Jestem pewien.

Zawsze wracają.

*vertriding - specyficzna dziedzina kolarstwa górskiego. Jeśli podchodzisz szlakiem zastanawiając się dlaczego nikt nie zrobił w tym miejscu łańcuchów, i nagle sportkasz zjeżdżającego nim z góry rowerzystę, to jest to vertrider. W większości przypadków osobniki te są nieszkodliwe i nie gryzą, jednakże w chwilach pokonywania większych uskoków lepiej trzymać się z daleka.

Pełna galeria: link

 

 

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.