Jeśli nie chcesz być zapomnianym szybko po śmierci, albo zaraz pisz rzeczy warte przeczytania,
albo czyń rzeczy warte opisania.

 - Benjamin Franklin

Każde zdjęcie to historia

Miałem w planie wrzucić zestawienie 10 najlepszych zdjęć które zrobiłem w 2014 roku, jednak wszystkie zdjęcia które powinny znaleźć się w tym zestawieniu potrzebują ostatniego szlifu w Photoshopie. Takiego, który wyciągnie ze zdjęcia więcej niż moja "standardowa", powycieczkowa obróbka która rzadko zajmuje więcej niż 3 minuty na zdjęcie. Plan się zmienił pod wpływem przeglądania starych zdjęć.

Dużo osób się dziwi że wozimy na wycieczki ciężkie lustrzanki, nierzadko z dodatkowymi akcesoriami. Szczerze mówiąc - bo mogę to napisać chyba zarówno w imieniu swoim jak i Kamila z którym najczęściej jeżdżę - czasem nam się nie chce. Ale potem, po jakimś czasie wracam dzięki tym zdjęciom w czasie do chwil które spędziłem w wyjątkowych miejscach z równie wyjątkowymi ludźmi, i przed oczami mam wszystko co było z daną sytuacją związane. W takich chwilach wiem że było warto, że te dodatkowe kilogramy w plecaku mają cel.

Poniżej parę zdjęć - moich i Kartonowych - z krótką historią.

Zaczynam starociem. 2010 rok, mój pierwszy sezon jazdy "enduro" i wyprawa na Babią. Totalnie chory pomysł - solo, w SPDkach, w listopadzie. Podejście większości trasy w nocy z sercem na ramieniu, bo w każdym szeleście dopatrywałem się atakującego niedźwiedzia czy innego hefalumpa. Szczytu nie zdobyłem - wiało tak że nie potrafiłem ustać z rowerem pod ręką. Z jazdy też przyjemności zero bo gdzięs po drodze odpadł mi blok z SPD. Mimo wszystko... warto było.

 

Zima 2010/2011 "jeździła na rowerze". Co prawda był śnieg i mróz, ale tego pierwszego było tyle co kot napłakał. Można było się szkolić w zimowym MTB do woli...
Fotka z pierwszego wyjazdu z Kashą. Zdjęcie zajęło 2 czy tam 3 miejsce w konkursie Trail.PL i zarobiło dla mnie apteczkę...

 

Jesień 2011 i jak dotąd najpiękniejsza inwersja jaką widziałem w górach. Na dole było cholernie zimno - kilka stopni poniżej zera, a na szczycie? Kilkanaście stopni na plusie. A do tego ten widok... Tatry jak na dłoni. Do tego historycznie pierwsza moja w pełni udana próba przejechania niebieskiego szlaku granicznego. To był dobry wyjazd.

 

Sylwester 2011/2012. Skrzyczne. Parę razy z rzędu witaliśmy Nowy Rok w górach. Ze wszystkich tych "wyjazdów" Sylwestrowych chyba najlepiej będę wspominał ten. Najpierw naprawdę mordercze podejście, gdzie część trasy pokonałem na kolanach i rzucając rower przed siebie - było tak ślisko że bez czekana (na Skrzyczne!!!!) praktycznie nie dało się wejść. A później... gościna w schronisku. Serio! Nie dość że nas przyjęli w Sylwestra (to wcale nie est standard - na Leskowcu rok wcześniej nawet nas nie chcieli wpuścić do budynku) to jeszcze kierowniczka tego przybytku zaproponowała nam żebyśmy u nich zostali i pobawili się z nimi. Bo tak, bo pierwszy raz widzieli tam rowerzystów w nowym roku.
I dlatego że to że przyszliśmy udowodniło jej mężowi że nie jest wariatką - tego dnia zadzwoniłem do schroniska się zapytać jakie są warunki na rower, a ona jak o tym powiedziała mężowi to ten wziął ją albo za głuchą, albo za wariatkę.
#takasytuacja

 

Skoro już po Sylwestrze to wchodzimy w rok 2012. Zwiedzamy z Kartonierem i Michałem Beskid Mały. Żółty szlak idący pasmem Bliźniaków do Wadowic okazuje się jednym z najprzyjemniejszych które do tego momentu jechaliśmy. No i był zakręt do ćwiczenia slide'ów... moto-style! Foto: Karton

 

Jak się bawić to się bawić! Kamil i Beata w placu zabaw dla dorosłych na finiszu Milka line w Saalbach. To był mój drugi wyjazd w ten rejon. Tygodniowy - o parę dni za długi (jeśli się nie jest fanem bikeparków to w sumie po naturalnych ściezkach nie ma specjalnie gdzie jeździć). O dziwo udawało nam się przez większość czasu unikać deszczu mimo niesprzyjających prognóz.

 

To miał być skrót pozwalający szybciej dostać się na starg Bergstadl Trail. Wyszło jak zwykle, a Beata i Karton pałali wielką radością że ich tędy poprowadziłem...

 

Czarna Góra - przystanek w drodze powrotnej z Saalbach i pierwsze spotkanie na szlaku z Sikorem. Pamiętam do dziś opad szczeny jaki miałem kiedy zobaczyłem jak gość jeździ. Na 4 swoim wyjeździe w góry ogarniał lepiej niż większość ludzi po 1-2 sezonach!

 

Tego dnia pogoda z nas brutalnie zakpiła. Miał być ciepły letni dzień... a totalnie zmarzliśmy (temperatura w sierpniu spadła do ~5 stopni C), przemoczyło nas i ogólnie dostaliśmy konkretny wpierdziel od matki natury. Ale powrót do auta mieliśmy w warunkach parującej gleby, genialnego światła i trochę bajkowego klimatu. To jedno z najlepszych moim zdnaiem zdjęc Kartoniera, i to nie tylko dlatego że ja na nim jestem ;-)

 

Drugie zdjęcie z tego samego wypadu. Wiecie po czym poznaje się talent do fotografii? Po tym że nie trzeba ujęć powtarzać. Miałem tylko przejechać koło Kartona i na zakręcie trochę zwolnić. Nie było powtórek, 10 poprawek. Jeden raz i pyk.

 

Po czym poznać że ma się właściwych ludzi w swoim życiu? Właśnie po takich sytuacjach. Dzień przed urodzinami, wieczorem... koło 20, może 21 zadzwoniłem do Kartona i Spoona co robią w nocy. Oczywiście pierwsza odpowiedź brzmiała naturalnie "śpią", ale obaj dołączyli magiczne "a co?". Kiedy powiedziałem że chciałem przywitać nowy rok życia na Sokolicy nie protestowali. Po prostu przyjechałem po nich o 1 w nocy, w środku tygodnia, pojechaliśmy na Krowiarki, wleźliśmy na Sokolicę, zjechaliśmy Percią i wróciliśmy na Śląsk, gdzie chłopaków odwiozłem do pracy w której siedzieli niewyspani pełne dniówki. Dzięki. Zapamiętam to do końca życia.

 

Pilsko. Totalny zgon po tym, jak pewnego parnego dnia zdecydowaliśmy zjechać z Pilska na stronę Słowacką. W połowie drogi zabrakło mi wody, siły i wszystkiego co było potrzebne do funkcjonowania. Wszyscy zdychaliśmy, ratowaliśmy się podjadając zaschnięte borówki i jakieś resztki malin.

 

Znajoma poza? Uparłem się żeby zjechać niezjeżdzalny i zupełnie bezsensowny fragment ścieżki przy formacji skalnej. Po kilkunastu nieudanych próbach wyglądałem mniej więcej tak.
Kozubnik lata swojej świetności miał dawno za sobą, ale stanowił dobry plener do industrialnych eksploracji. Eksploracji które były kolejnymi z serii "chyba nam na starość odbija". Bo jak inaczej nazwać wnoszenie na plecach roweru przez 14 pięter, tylko po to żeby sobie fajne zdjęcia porobić i pozjeżdżać po schodach?

 

Mój pierwszy raz. W Tatrach oczywiście. Ten szlak mnie wtedy zniszczył psychicznie, a sam wyjazd chyba przejdzie do historii jako ten z najbardziej poronionym stosunkiem kilometrów przebytych autem do kilometrów pokonanych na rowerze. W sumie to dojazdu miałem 600 km (bo zgarniałem Kashę "po drodze" z Krakowa), a jazda była tylko w dół... jakieś 5-6 kilometrów. Foto: Kasha

 

A to już Beslod Wyspowy i słynny "czarny" ze Szczebla, wyceniany ponoć na 5+/6 w sześciostopniowej skali trudności G3Riders. W zasadzie cały wyjazd można podsumować jednym słowem: stromo. Zarówno pod górę (noszenie) jak i w dół. Końcowa rynna nie jest AŻ TAKA trudna, jednak ze względu na brak możliwości zatrzymania się na pewnym odcinku raczej bym jej nikomu kto nie jest masochistą nie polecał.

 

Każda z osób która dłużej jeździ po górach na pewno potrafi sobie przypomnieć moment w którym jadąc szlakiem nagle stanęła i powiedziała o kur... Tak było w tym przypadku - sekcja skalna pojawiła się nagle, po dłuższym płaskim, przyjemnym odcinku. Z perspektywy czasu - klimatyczny zjazd, w końcu nieczęsto się zdarza zjeżdżać kiedy obok wspinają się na skały ludzie.
Z innej beczki - ten wyjazd to był moment w którym moja forma sięgnęła dna. Nie umiałem nadążyć za chłopakami pod górę, na zjazdach kaleczyłem jakbym pierwszy raz na rowerze siedział. Nigdy więcej.
Aha - zjeżdża arepo:)

 

Jeden z pierwszych wyjazdów w Zlate Hory. Wyjazd podczas którego odkryliśmy najlepszy szlak sezonu 2014. Wyjazd który upłynął pod znakiem totalnej, pozytywnej szajby. Na koniec dnia zachód słońca który miał takie kolory, że musiałem stanąć samochodem na poboczu, wysiąść z auta, wziąć aparat i zrobić zdjęcia.

 

Czasami góry stawiają przed nami test. Jesteśmy już totalnie wykończeni i jedziemy/idziemy ostatkiem sił pod górę. Natrafiasz na drogowskaz do punktu widokowego (300 metrów). Co robisz?
Jeśli nie wymiękniesz, masz szansę na taką nagrodę.

 

Pamiątka po kolejnym wyjeździe z sezonu 2014. Wygląda przyjemnie? 15 minut wcześniej staliśmy pod drzewem w wielkiej ulewie, chowając się pod plecakami, bo przecież nikt nie wziął kurtki przeciwdeszczowej skoro opadów nie zapowiadali...

 

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.